Z pasji do chemii, z serca dla ludzi – rozmowa z prof. Żelazną z okazji 80. Urodzin

KIEDY?

GDZIE?

2025 to  był wyjątkowy rok. Rok zamykania ważnych etapów, podsumowań, wspomnień – ale też serdecznych rozmów, życzeń i uścisków. W grudniu 2025 r. Profesor Urszula Domańska – Żelazna – wybitna fizykochemiczka, wieloletnia nauczycielka akademicka, mentorka dziesiątek magistrów i doktorów – obchodziła swoje 80. urodziny. Choć sama mówi o sobie z dystansem, nie sposób przecenić jej wkładu w rozwój nauki – od badań nad cieczami jonowymi, przez współpracę z przemysłem, po niezwykłe zaangażowanie w wychowanie kolejnych pokoleń badaczy. Zapytana dziś o wspomnienia, nie zaczyna od nagród, grantów ani tytułów. Z uśmiechem wraca do czasów młodości, kiedy marzyła o chirurgii, a łacina była przepustką na medycynę. Gdyby nie decyzja ojca – i chemia, która pojawiła się w odpowiednim momencie – historia mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. Posłuchajcie…

Pani Profesor, po  tak pięknym jubileuszu – chciałoby się zapytać: jak to wszystko się zaczęło? Skąd wzięła się miłość do chemii, która poprowadziła Panią przez całe życie? Czy był taki moment, który szczególnie zapadł Pani w pamięć jako początek tej drogi?

Historia mojej drogi zawodowej zaczęła się inaczej niż można by przypuszczać.
Z początku marzyłam o medycynie – konkretnie o chirurgii. Przez cztery lata uczyłam się w liceum łaciny, przygotowując się do egzaminów na studia we Wrocławiu. Ale mój tata, był temu przeciwny. Po pierwsze – zwyczajnie nie było nas stać na utrzymanie mnie w innym mieście. Po drugie – w tamtych czasach lekarze zarabiali bardzo skromnie. Ojciec powtarzał, że tylko inżynier może godnie żyć. I tak zamiast medycyny trafiłam na Politechnikę Warszawską. A skoro już Politechnika – to wybór był dla mnie oczywisty: chemia. Już w szkole podstawowej był to mój ulubiony przedmiot. Mieliśmy wtedy wyjątkową nauczycielkę z Uniwersytetu Warszawskiego, która prowadziła z nami zajęcia w świetnie wyposażonym laboratorium – jak na tamte czasy to było coś naprawdę wyjątkowego. I tak chemia – choć początkowo była moim „planem B” – szybko stała się prawdziwą pasją i drugim wielkim wyborem mojego życia.

Który moment w Pani karierze przyniósł Pani największą osobistą satysfakcję – czy był to sukces naukowy, podróż czy może spotkanie, które zmieniło bieg wydarzeń?

Bez wahania mogę powiedzieć, że takim momentem był dla mnie wyjazd do Londynu w czasie stanu wojennego. Dzięki zgodzie dziekana mogłam wziąć udział w konferencji, na której – zupełnym przypadkiem – obok mojego posteru stanął profesor Trevor Letcher z RPA. Od słowa do słowa, potem przy wspólnym obiedzie konferencyjnym, zaprosił mnie na staż do siebie. Tak zaczęła się nasza przyjaźń i trwająca ponad 30 lat współpraca z Uniwersytetem KwaZulu-Natal w Republice Południowej Afryki.

To właśnie tam, w 2011 roku, spotkało mnie coś, co do dziś uważam za jedno z największych wyróżnień w moim życiu – otrzymałam Certificate of Excellence i tytuł honorowego profesora UKZN. W tamtym czasie władze uczelni były już w rękach osób czarnoskórych, więc fakt, że jako biała profesor z Europy zostałam tak serdecznie uhonorowana, miał dla mnie ogromne znaczenie. Wyprawiono wtedy noworoczne przyjęcie, były medale, uroczystości… To był moment wielkiej osobistej i zawodowej satysfakcji – i piękny dowód na to, jak nauka potrafi łączyć ludzi, niezależnie od pochodzenia czy historii.

Który projekt wymagał od Pani największej determinacji lub odwagi badawczej?

Który projekt? Myślę jednak, że ten, który wykonałam tutaj w Instytucie, tj. „Wytypowanie selektywnych cieczy jonowych do ekstrakcji zanieczyszczeń z petrochemicznych strumieni procesowych” w latach 2020–2021. Były to pierwsze badania w kierunku zastosowanie przemysłowego, które prowadziłam – a wcześniej przez całe życie zajmowałam się w Politechnice Warszawskiej pracami teoretycznymi z możliwością zastosowań technologicznych – konieczne było odniesienie ich do konkretnych strumieni w procesach petrochemicznych w Orlenie. Prace te miały być kontynuowane w Orlenie w celu powiększenia skali we współpracy z nami.

Który etap Pani kariery okazał się najbardziej twórczy lub przełomowy?

Jeśli chodzi o prace naukowe, to w momencie, w którym zajęłam się cieczami jonowymi, byłam z wizytą w Niemczech. Tam po raz pierwszy usłyszałam, że są one tak ważne. Był to przełom badawczy. Rozpoczęliśmy badania fizykochemiczne nowych cieczy jonowych, które w tej chwili są na całym świecie stosowane we wszystkich technologiach. Wiele laboratoriów przemysłowych czekało na to, byśmy tworzyli nowe ciecze jonowe  o właściwościach ekstrakcyjnych oraz mających zastosowanie do rozdzielania substancji organicznych. To spowodowało duży rozmach prac, publikacji oraz zapotrzebowania z wielu firm, nie tylko polskich. Natomiast, jeśli chodzi o finanse to oczywiście najlepiej wspominam roczny pobyt w USA, który postawił mnie na nogi finansowo. Jeżeli chodzi o życie turystyczne i towarzyskie, to 30-letni pobyt w RPA z przerwami na pracę w Polsce. To była współpraca wieloletnia, pobyty w RPA raz na dwa tygodnie, raz na dwa miesiące, na rok, na pół roku. Tak jak sytuacja w Polsce pozwalała.

Czy w Pani karierze pojawił się projekt, który z początku wydawał się mało obiecujący, a z czasem okazał się wyjątkowo ważny?

Zastosowaliśmy amoniowe ciecze jonowe jako podstawniki w lekach i badaliśmy możliwość zwiększenia rozpuszczalności  leków w wodzie i w alkoholach. Moja wychowanka Prof. PW dr hab. Anna Pobudkowska-Mirecka kontynuuje te badania. Wydaje mi się, że z punktu widzenia rozwoju nowych chorób jest to bardzo ważna dziedzina.

Czy wśród wielu publikacji i projektów badawczych są takie, które Pani Profesor uważa za szczególnie przełomowe lub bliskie sercu? Co sprawia, że właśnie one zapisały się w pamięci najmocniej?

Zdecydowanie tak – są takie prace, które wspominam z dumą i takie, do których mam ogromny osobisty sentyment. Jeśli chodzi o publikacje przełomowe, to na pierwszym miejscu stawiam dwie monografie wydane w Wielkiej Brytanii. Pierwsza z nich, Solubility of Organic Solids for Industry, opublikowana w 2007 roku w Cambridge, dotyczyła moich badań podstawowych nad równowagami ciecz–ciało stałe. Druga, Ionic Liquids in Chemical Analysis (Avicton, 2008), zawierała obszerny, wstępny rozdział o cieczach jonowych. Był to przegląd światowego dorobku w tej dziedzinie – a żeby napisać jedno zdanie, trzeba było czasem przeczytać pięć publikacji. To były publikacje okupione naprawdę ciężką, skrupulatną pracą i ogromnym nakładem czasu. I choć książki naukowe nigdy nie miały w Polsce wielkiej popularności, te dwie pozycje traktuję jako ważny punkt w moim dorobku.

Z kolei praca, do której mam największy sentyment, to artykuł opublikowany w 2019 roku w czasopiśmie Processes. To była publikacja pożegnalna, kiedy odchodziłam z Politechniki Warszawskiej. Poświęciłam ją całemu mojemu zespołowi z Zakładu Chemii Fizycznej – współpracownikom, wychowankom, młodzieży, z którą przez lata pracowałam. Zebrałam w niej nasze wspólne dokonania, metody badawcze, obliczeniowe, możliwości Zakładu. To był taki mój osobisty ukłon wobec ludzi, z którymi tworzyłam naukę przez dziesięciolecia. I myślę, że mimo upływu lat, to właśnie ta publikacja najbardziej zostaje w sercu.

Od lat zajmuje się Pani tematyką odzysku metali z e-odpadów, baterii i paneli PV. Jak na przestrzeni lat zmieniły się technologie oraz podejście do tych procesów? Jakie są dziś największe wyzwania i szanse ich wdrożenia w skali przemysłowej?

To jest bardzo trudny temat. Na świecie istnieje właściwie tylko hydrometalurgia i pirometalurgia. My chcemy wprowadzić solvometalurgię. Nie ma jeszcze żadnych metod wdrożonych do produkcji. To jest dopiero początek nowej dziedziny nauki. Chodzi o to, żeby ograniczyć emisję gazów do atmosfery przez spalanie oraz żeby ograniczyć wysokie temperatury. Żeby ograniczyć stężenia silnych kwasów, wody królewskiej, kwasu azotowego, siarkowego i tak dalej. Niestety, żeby wdrożyć to w skali przemysłowej, wymagane są ogromne pieniądze. Inaczej mówiąc, finansowy wpływ Państwa musi być duży, żeby można było uruchomić nowe technologie w przemyśle.

Czy pamięta Pani Profesor moment, który szczególnie utwierdził Panią w przekonaniu, że obrany kierunek rozwoju jest właściwy?

Tak, wykorzystanie wiedzy z zakresu nauk podstawowych, głównie termodynamiki, którą zajmowałam się na Uczelni, w zastosowaniu do bardzo konkretnych celów. Na przykład w pewnym momencie badaliśmy rozdzielanie polimerów, a obecnie zajmujemy się recyklingiem metali szlachetnych i innych metali z paneli oraz baterii, a także zagadnieniami związanymi z procesami petrochemicznymi. To jest przykład wykorzystania możliwości wcześniej nabytej wiedzy oraz prac teoretycznych w konkretnych zastosowaniach. Niestety mimo starań z polimerami nic nie wyszło. Fabryka, która z tym projektem wystąpiła, końcowo nie wybrała żadnego rozwiązania z kilku ośrodków.

Czy mogłaby Pani Profesor wskazać przykład współpracy, która najlepiej pokazuje, jak ważne jest łączenie sił między nauką, uczelniami i przemysłem? Jak – z Pani perspektywy – zmieniały się te modele współpracy na przestrzeni lat?

Zdecydowanie mogę – i to zarówno na poziomie krajowym, jak i międzynarodowym. Kiedy pracowałam na Uczelni, dostęp do konferencji tematycznych i kontaktów naukowych był znacznie szerszy. Uczestniczyłam w spotkaniach w Brazylii, Stanach Zjednoczonych, Chinach, Japonii, w całej Europie. Tego typu wydarzenia dawały możliwość zapoznania się z najnowszymi badaniami i — co bardzo ważne — nawiązywania trwałych relacji, które potem przekładały się na wspólne projekty. Niestety, mimo starań, udało się wtedy zdobyć tylko jeden grant europejski – dydaktyczny, dotyczący międzynarodowych doktoratów. Ale właśnie te granty europejskie są według mnie najskuteczniejszym sposobem na realne łączenie potencjału różnych ośrodków: wspólna aparatura, metody obliczeniowe, uzupełniające się kompetencje.

Z kolei jeśli chodzi o współpracę krajową, bardzo ciepło wspominam projekt realizowany wspólnie z Orlenem w latach 2024–2025. Dotyczył procesu otrzymywania MDI – i był prowadzony w sposób wzorowy, pod kierunkiem wybitnego technologa. Współpraca z tak zaangażowanym zespołem, który naprawdę zna realia przemysłu i potrafi współpracować z naukowcami, była bardzo wartościowym doświadczeniem. To pokazuje, że kiedy wiedza akademicka spotyka się z praktyką przemysłową, mogą z tego wyniknąć naprawdę dobre rzeczy – oczywiście pod warunkiem, że obie strony mają wspólny cel i wzajemny szacunek.

Jak zmieniła się rola Łukasiewicz – Instytutu Chemii Przemysłowej w łączeniu badań podstawowych z praktyką? Czy dostrzega Pani zmianę podejścia do innowacji i komercjalizacji badań w Polsce?

Dyrekcja dokłada ogromnych starań, prowadzone są regularne spotkania z przedstawicielami Orlenu, Grupy Azoty oraz innych gałęzi przemysłu. Podejmowane są działania, a także realizowane badania, które pod kierunkiem dr inż. Antoniego Migdała są stopniowo wdrażane do przemysłu. Także jest nadzieja, jest duża nadzieja.

Jako promotorka wielu prac magisterskich i doktorskich — co uważa Pani za najważniejsze w pracy z młodymi naukowcami? Jakie postawy lub cechy są dla Pani szczególnie cenne?

Spojrzałam do swojego życiorysu. Byłam opiekunem 53 prac magisterskich i 23 doktorskich. Oczywiście są naukowcy w Polsce, profesorzy, którzy mają 50 doktorantów, więc nie jest to taki największy sukces, jeżeli chodzi o Polskę. Natomiast jeżeli chodzi o współpracę z młodzieżą, po pierwsze student musi rozumieć chemię fizyczną, która jest tak nielubiana na uczelni. Student musi być również zainteresowany pracą. Pracą, ale też przyjemnościami, które z tego płyną. Inaczej mówiąc, tematyka musi być bardzo aktualna – światowa bo wtedy jest możliwość podroży, wyjazdów konferencyjnych również do innych krajów, poznanie świata i naukowców  z zagranicy.

Jak na przestrzeni lat zmieniła się rola mentora i sposób nauczania akademickiego? Co wspomina Pani z sentymentem, a co dziś stanowi wyzwanie?

Chemia fizyczna to był przedmiot dwójkowy. Wielokrotnie musieliśmy organizować dodatkowe seminaria, kolokwia w weekendy. Kiedyś roczniki liczyły po 160 – 260 studentów, dzisiaj jest to około 90, więc jest to duża różnica. Mieliśmy wtedy więcej pracy i dawaliśmy szanse studentom dodatkowej pracy i możliwości zdania przedmiotu. Dzisiaj żadna młodzież by nie przyszła na dodatkowe zajęcia w sobotę czy niedzielę. Myśmy często pracowali z doktorantami w soboty. Ja pisałam monografie w weekendy bo w tygodniu pracy nie było czasu. Dzisiaj jest inny świat. Ludzie są zamożniejsi i tak bardzo nie dbają o naukę czy pracę naukową.

W takim jubileuszowym czasie aż się prosi o wspomnienia — czy jest jakaś anegdota „zza kulis” pracy ze studentami, która do dziś wywołuje uśmiech?

No cóż. Mogę opowiedzieć o pewnym wyjeździe na konferencje do Francji, kiedy przesiadaliśmy się z moim asystentem z samolotu do pociągu. Zajęliśmy nasze miejsca i nagle podchodzą do nas małe dziewczynki. Mówiły po francusku, a my po angielsku – nie rozumieliśmy się. Ktoś obok pomógł nam i przetłumaczył na angielski. No i okazało się, że wsiedliśmy nie do tego wagonu. Przesiadając się w pośpiechu do właściwego wagonu, zabraliśmy walizki, ale zapomnieliśmy o posterach. Wysiedliśmy w miejscu konferencji i dopiero wtedy zauważyliśmy ze postery pojechały dalej. Musieliśmy we Francji ściągać pliki z Polski i wydrukować je na nowo, ale ze względu na koszty w mniejszym formacie. To była najzabawniejsza sytuacja, którą sobie przypominam z mojego życia konferencyjnego.

Praca z młodzieżą była najlepszą pracą w moim życiu. Bo młodzież jak jest zainteresowana nowymi odkryciami w nauce oraz jak mają możliwość wyjechania za granicę i prezentowania wyników to im się chce. Razem ze studentami zwiedziliśmy Japonię, Brazylię, Chiny, Afrykę Południową. Oczywiście byli tam również wszyscy moi asystenci. Trzeba dać coś więcej, trzeba zainteresować, żeby młodzież była zachęcona wynikami. Poza tym musi być tematyka ciekawa, bieżąca, światowa. Taka, która da się opublikować.

Jakie uważa Pani za największe globalne wyzwania dla chemii i inżynierii chemicznej?

Powiem szczerze – w chemii wszystko zaczyna się od… funduszy.

To brutalna prawda, ale chemia to przede wszystkim eksperymenty, a te wymagają zaplecza, aparatury, materiałów, zespołów. Bez solidnego finansowania trudno mówić o prawdziwym postępie. Dziś niestety często działamy „po kosztach”, z ogromnym wysiłkiem próbując utrzymać ciągłość badań. Możliwości są ograniczone, a rozwój – szczególnie w krótkim czasie – jest niemal nierealny. Aby badania miały sens, potrzeba co najmniej kilkuletnich projektów, stabilnych zespołów i inwestycji, także w międzynarodową współpracę, która pozwala uzupełniać nasze badania wynikami z innych ośrodków, często dysponujących lepszą aparaturą. A to w dzisiejszych realiach bywa trudne. Oczywiście, Polska od czasów mojej młodości zrobiła ogromny postęp – jesteśmy dziś w zupełnie innym miejscu. Ale trzeba też zrozumieć, że budżet państwa ma swoje ograniczenia. Być może dziś większy nacisk idzie na ochronę zdrowia – i trudno się temu dziwić. Tyle że w nauce, zwłaszcza w chemii, bez odpowiedniego wsparcia finansowego trudno o przełomy. A szkoda, bo potencjał mamy ogromny.

Jaką radę dałaby Pani młodym naukowcom, którzy chcą łączyć pasję do chemii z ambicją wywierania realnego wpływu na świat?

Realny wpływ na świat ma medycyna, czyli praca chemika w medycynie w kierunku nowych leków. Drugie to jest ochrona środowiska. Chemicy mają tu wiele do zrobienia. No i to co my robimy, czyli recykling, odzysk metali, odzysk polimerów. Cały świat już odzyskuje butelki i tym podobne. U nas automaty dopiero się wprowadza. To są trzy przyszłościowe kierunki. Bo środowisko jest potwornie zanieczyszczone odpadami. Trzeba by wydać miliony, żeby je usunąć. Także te trzy kierunki: medycyna, ochrona środowiska i recyrkulacja potrzebnych metali i polimerów ważnych dla przemysłu i życia w społeczeństwie.

Czy ma Pani hobby lub zajęcie, które pozwala Pani odetchnąć od pracy naukowej?

Tak, naturalnie. Przede wszystkim jeżdżę na nartach od ponad 50 lat. Początkowo z przyjaciółmi, a w ostatnich latach z synem i wnukiem. Kiedy wnuk zaczynał z nami jeździć to wołał do syna – Chodź jedziemy, bo babcia za wolno. Jedziemy na czarne szlaki, bo babcia za wolno. – no teraz ma 17 lat. Na narty jadę zawsze w lutym. Natomiast bardzo poważnie interesuje się przyrodą. Można powiedzieć, że mam z nią przyjacielskie relacje. Od 12 roku życia byłam harcerką, las, ognisko i tak dalej. A od 25. roku życia należę do Myśliwskiego Koła „Brzask” przy Politechnice Warszawskiej. Właśnie wróciłam z 60-lecia koła. Było ogromne polowanie i przyjęcie. No i myślę, że ten kontakt z przyrodą, z wiatrem, słońcem, ze śniegiem, zielonym lasem daje mi możliwość absolutnego oderwania się od ciężkiej pracy naukowej, pisania patentów czy publikacji.

Gdyby mogła Pani przekazać młodszym pokoleniom jedno przesłanie — jako chemik, mentor i człowiek — co by to było?

Żeby zawsze łączyć pracę zawodową z życiem rodzinnym. Wszyscy moi asystenci mają dzieci. Nie można zapomnieć przy pracy zawodowej, nawet tej ciężkiej, nawet takiej w soboty i niedziele o życiu rodzinnym. Łączyć pasje, życie rodzinne i życie zawodowe. I spełniać marzenia. Ja od dziecka marzyłam o podróżowaniu. W czasach mojej młodości paszporty były nie w domach a w ministerstwach. Od dziecka marzyłam o podróżach i zwiedziłam cały świat. Zawodowo byłam w Japonii, w Brazylii, w Argentynie, Australii, Nowej Zelandii, na Hawajach, w Południowej Afryce, w Chinach itd. Byłam na wszystkich kontynentach częściowo prywatnie, ale większość zwiedziłam służbowo, jadąc na konferencje międzynarodowe lub pracując w innych Uczelniach. Więc trzeba spełniać marzenia. Tego życzę młodzieży. Żeby łączyli pracę, życie rodzinne i marzenia.

Dziękujemy za ciekawą rozmowę. Mamy nadzieję, że wiele młodych osób podąży Pani śladami.

przeczytaj również​

This will close in 0 seconds

This will close in 0 seconds