Dr hab. Izabella Legocka, prof. IChP o 60-ciu latach w chemii, odwadze stawiania na siebie i o tym, dlaczego kolba, która się przewróciła, była najlepszym, co mogło się zdarzyć.
Marzyła o medycynie ale zniechęciło ją prosektorium. Wybrała chemię – i została jej wierna przez sześć dekad. Swój pierwszy klej wdrożyła, mając 23 lata. Przewrócona kolba dała jej wynik, którego profesorowie nie mogli uzyskać. Na przestrzeni lat pełniła kolejno funkcje kierownika zespołów i pracowni a następnie zakładów. Jej dorobek badawczy to ponad 100 patentów, ok. 113 materiałów publikacyjnych i 1 wdrożonych technologii do przemysłu, 12 medali i wyróżnień na Międzynarodowych Wystawach Wynalazków. A na pytanie, co jest najważniejsze w nauce, odpowiada jednym słowem: myślenie. Rozmawiamy z dr hab. Izabellą Legocką, prof. IChP – kobietą, która udowadnia, że determinacja, odrobina „fartu” i poczucie humoru to najlepsza formuła na życie w nauce.
Pani Profesor, chemia nie była pierwszym wyborem – to prosektorium odstraszyło Panią od medycyny. Gdyby nie ten lęk, nie byłoby zdolnej chemiczki?
Moje zainteresowania naukowe początkowo wiązały się z medycyną. Marzyłam o studiach medycznych, jednak zniechęcała mnie konieczność pracy w prosektorium. Uznałam więc, że chemia może być do pewnego stopnia pokrewna tej dziedzinie i tak podjęłam studia chemiczne.
W tamtym czasie mieszkałam wspólnie z koleżanką studiującą medycynę.
W naszym mieszkaniu często pojawiali się jej koledzy i koleżanki przygotowujący się do egzaminów, więc mimo że sama studiowałam chemię, siłą rzeczy dużo słyszałam również o medycynie. Ostatecznie jednak ukończyłam chemię i wspominam studia jako bardzo przyjemny czas. Nie wiem, jak wygląda to obecnie, ale wtedy było to połączenie obowiązków z bogatym życiem towarzyskim.
A potem od razu Instytut – i to na całe życie zawodowe. Jak wyglądały te pierwsze dni, kiedy człowiek jeszcze nie wie, gdzie jest kawa, a co dopiero – jak prowadzić badania?
Po studiach od razu rozpoczęłam pracę w Instytucie. W tym roku mija okrągła rocznica mojego zatrudnienia. Instytut był moją pierwszą pracą. Początkowo była to jednostka zajmująca się tworzywami sztucznymi, później połączona z Instytutem Chemii Organicznej, co doprowadziło do powstania Instytutu Chemii Przemysłowej. Równolegle pracowałam w Instytucie Chemii i Techniki jądrowej w latach 1995-2003 jako kierownik pracowni oraz Ekspert MAEA (2000-2003), w Politechnice Radomskiej (2000-2007) jako wykładowca i promotor prac magisterskich, a od 2002 byłam kierownikiem Katedry Tworzyw Sztucznych. Pracowałam również w Filii Politechniki Warszawskiej w Płocku na Wydziale „Budownictwa, Mechaniki i Petrochemii” w latach 2008 – 2017 jako wykładowca i promotor prac magisterskich.
Jeżeli chodzi o Instytut Chemii Przemysłowej to pierwsze dni pracy były dla mnie dużym szokiem – wszystko było nowe, nieznane. Do dziś śmieję się, że najprzyjemniejsze chwile spędzałam wtedy w toalecie, gdzie mogłam na moment „uciec”, gdy nie wiedziałam, co robić. Bardzo szybko jednak wdrożyłam się w tematykę i od początku ceniłam sobie niezależność. Do dziś radzę młodym pracownikom, aby szukali własnej „działki” i uruchamiali wyobraźnię, bo chemia jako nauka eksperymentalna daje możliwość sprawdzania własnych pomysłów.
Do pracy dołączyłam w roku 1966, a już w 1967 miałam pierwsze samodzielne wdrożenie na hali technologicznej. Był to klej do folii polietylenowej „Winakryl 50”. Przez pewien czas był produkowany m.in. dla przemysłu opakowaniowego. Jako bardzo młoda pracownica współpracowałam z doświadczonymi robotnikami i kierownikiem hali, który nigdy nie okazywał uprzedzeń, choć byłam młodą kobietą bez doświadczenia.
Moje kolejne wdrożenie odbyło się w zakładach w Pionkach. Wyjeżdżałam tam wraz z koleżanką techniczką, mieszkałyśmy w hoteliku, gdzie były okropne pluskwy. Ale mimo trudnych warunków wspominam tamten okres niezwykle dobrze. Pierwsze lata pracy były pełne entuzjazmu, nowych wyzwań i wspaniałej atmosfery.
Pluskwy, zatkane zamki i psikusy w laboratorium – to chyba nie jest obraz nauki, jaki znamy z podręczników?
Pierwsze lata pracy w Instytucie były niezwykle radosne. W pracowni byli w większości młodzi ludzie – pięć, sześć osób na co dzień. Pracowało się dużo, ale jednocześnie było mnóstwo śmiechu. Żartowaliśmy, opowiadaliśmy sobie o różnych sprawach, czasem robiliśmy sobie niewinne psikusy, jak choćby zatkanie komuś zamka w drzwiach, żeby rano nie mógł ich otworzyć, albo podwieszenie różnych rysunków. Wszystko oczywiście w granicach sympatii i koleżeństwa.
Mimo tej atmosfery zabawy zawsze dotrzymywaliśmy terminów, wykonywaliśmy badania i pisaliśmy sprawozdania. Niedawno znalazłam nawet swoje pierwsze dzienniki laboratoryjne z tamtych lat i to było niezwykle wzruszające wspomnienie. Cały ten okres uważam za jeden z najpiękniejszych w życiu zawodowym.
Gdyby mogła Pani cofnąć czas – jest coś, co zrobiłaby Pani inaczej? A może właśnie nic by Pani nie zmieniała?
W zasadzie nie. Bardzo wcześnie stałam się samodzielna, miałam własne wdrożenia, własne pomysły. Czasem byłam zbyt bezkompromisowa. Jeśli uważałam, że mam merytoryczną rację, potrafiłam jej bronić bardzo ostro, czasem nawet niegrzecznie. Miałam taki charakter – potrafiłam wybuchnąć, powiedzieć wszystko, co myślę, wylać z siebie całą frustrację, a po kilku minutach sprawa była dla mnie zakończona. Dzięki temu nie nosiłam w sobie niechęci czy urazy.
Zawsze chciałam działać uczciwie i mieć czyste sumienie. Nie chciałam nikomu „podkładać świnek”. Nigdy nie miałam też ku temu powodów. Miałam szczęście pracować w dobrym środowisku, z ludźmi, którzy byli życzliwi i zaangażowani. Oczywiście warunki w Instytucie wielokrotnie się zmieniały, ale w życiu trzeba umieć dostrzegać przede wszystkim pozytywne momenty. One prowadzą do dobrych rezultatów.
Wciąż słyszymy, że nauka to „męski świat”. Czy Pani kiedykolwiek poczuła, że ktoś patrzy na Panią przez pryzmat płci a nie kompetencji?
Nigdy. Ani na studiach, ani w trakcie kariery zawodowej.
Studia na Uniwersytecie Warszawskim wspominam niezwykle ciepło. Pracę dyplomową wykonywałam w Katedrze Technologii Chemicznej pod kierunkiem Profesora Orszagha, człowieka niezwykle serdecznego i życzliwego. Zarówno on, jak i jego żona, również Profesor, tworzyli atmosferę niemal domową. Nie mieli dzieci, więc niejako naturalnie potrzebowali kontaktu z młodymi ludźmi a jako że w katedrze panowały bardzo dobre relacje, te więzi trwały przez wiele lat. Profesor Orszagh odwiedzał nas nawet w Instytucie, prowadził seminaria i wykłady.
Oczywiście na uczelni były także osoby o bardziej surowym charakterze. Na pierwszym roku chemię nieorganiczną prowadził profesor Kemula – bardzo znana postać. Miał specyficzny sposób egzaminowania. Czterech studentów siadało przy stole. Profesor zadawał jedno pytanie pierwszemu, jeśli nie odpowiedział, przechodził do drugiego, potem do trzeciego i czwartego. Ja często trafiałam na miejsce czwarte, dzięki czemu miałam czas przemyśleć odpowiedź. Zdarzało się, że odpowiadałam na jedno lub dwa pytania i wychodziłam z oceną bardzo dobrą. Takie sytuacje również wymagają pewnego „farta” w życiu.
A propos farta – krąży legenda o pewnej przewróconej kolbie. Może Pani zdradzi, jak wyglądało jedno z najbardziej niezwykłych odkryć w Pani karierze?
Warto wspomnieć jeszcze jedną anegdotę, którą zapamiętam na zawsze. Podczas zajęć z chemii organicznej trzeba było wykonać preparat, nad którym Profesorowie prowadzili badania. Proces był długi i pracochłonny. Pracowałam nad nim wiele tygodni, po kilkanaście godzin dziennie. Tuż przed końcem kolba się przewróciła, a cały materiał wylał. W panice zebrałam wszystko, co znalazło się na blacie. Był pokryty lekko klejącą gumową wykładziną. Następnego dnia okazało się, że zebrany materiał skrystalizował. Otrzymałam preparat, którego profesorowie nie mogli uzyskać. Dopiero po latach zrozumiałam, że zanieczyszczenia na blacie mogły zadziałać jak zarodki krystalizacji. Po latach przyznałam się Profesorom, jak do tego doszło.
Moje egzaminy też miały swoje dramatyczne momenty. Raz Profesor Świderski, wielki autorytet, zadał mi podstawowe pytanie a ja nie potrafiłam odpowiedzieć. Widziałam, jak narasta w nim złość. W końcu chwycił mój indeks i rzucił go w stronę drzwi. To było dla mnie ogromnie bolesne. Asystent pobiegł po indeks i mnie zawołał, a ja wyszłam z egzaminu i rozpłakałam się. Na szczęście Profesor z laboratorium, który znał mnie i moją pracę, uspokoił mnie i powiedział, że mogę zdać u niego. I tak też się stało.
W życiu naukowym – jak w każdym życiu – potrzebne jest trochę szczęścia.
Dziś dużo się mówi o barierach na jakie napotykają kobiety w nauce. Pani kariera zaczynała się w latach 60. – czy rzeczywiście było aż tak trudno, jak się opowiada?
Wydaje mi się, że wiele opowieści o trudnej sytuacji kobiet w nauce jest nieco przesadzonych. Choć oczywiście każdy przypadek jest indywidualny, to jednak kluczowy jest wybór priorytetów. Kobieta musi sama zdecydować, co stawia na pierwszym miejscu – pracę czy dom.
Ja przez około 20 lat pracowałam równolegle na uczelni. Wielu moich studentów znalazło zatrudnienie w Instytucie. Nigdy nie zaobserwowałam, aby kobiety miały mniejsze szanse tylko dlatego, że są kobietami. Problemy pojawiały się raczej wtedy, gdy ktoś nie potrafił jednoznacznie określić swoich priorytetów.
Ja sama, chcąc być samodzielna, często wyjeżdżałam do zakładów przemysłowych, nawet kilka razy w tygodniu, choć miałam małe dziecko. Uważałam, że to moja droga i moje zobowiązania. Oznaczało to jednak, że mój mąż musiał przejąć część obowiązków domowych. Nie wahałam się tego wymagać.
Pamiętam Wigilię, kiedy dzień wcześniej byłam na próbach wdrożeniowych w zakładzie. Wróciłam w Wigilię prosto z pociągu – od razu zabrałam się za przygotowanie kolacji. Nie żaliłam się, nie narzekałam. Wiedziałam, że praca naukowa wymaga poświęcenia i dyscypliny. To był mój wybór.
Wszystko sprowadza się do odpowiedzi na pytanie: co jest dla mnie najważniejsze?
Chemia to ciężka praca intelektualna. Czym ładowała Pani baterie po dniu spędzonym w laboratorium?
Po pracy naukowej uprawiałam „chemię w kuchni”. Gotowanie zawsze było dla mnie przyjemnością.
Przez wiele lat grałam też w brydża. Dziś trudno znaleźć partnerów, a sama gra stała się mniej popularna więc już prawie nie grywam. Dużo czytałam – właściwie, odkąd nauczyłam się czytać. Mając cztery lata, potrafiłam już przeczytać książkę o Królewnie Śnieżce.
Bardzo lubiłam również karty do wróżenia. Numerologia, wróżby, to były moje zainteresowania dodatkowe. Czasem nawet stawiałam sobie karty przed wyjazdami na wdrożenia. Jeśli karty „mówiły”, że wszystko się uda, jechałam z poczuciem pewności – i to przekonanie często pomagało w osiąganiu sukcesów. Myślę, że nastawienie psychiczne ma ogromne znaczenie.
Jedno zdanie dla młodych kobiet, które dziś stoją na początku swojej drogi naukowej – co by Pani powiedziała?
Przede wszystkim: trzeba wiedzieć, czego się chce.
Jeżeli celem jest samodzielność, satysfakcja i radość z pracy – trzeba do tego konsekwentnie dążyć. Trzeba wierzyć w siebie i w swoje pomysły. „Nie święci garnki lepią” – pamiętam, że w czwartej klasie szkoły podstawowej pisałam wypracowanie właśnie pod tym tytułem. Już wtedy opisałam swoją życiową filozofię: determinacja, decyzja, dyscyplina i dążenie do celu.
Jako osoba prowadząca zajęcia na uczelni zawsze wolałam studentów, którzy potrafili myśleć, niż tych, którzy byli „wykuci” na pamięć ale nie umieli zastosować wiedzy. W naukach eksperymentalnych najważniejsze jest myślenie.
Myślenie ma przyszłość.

